Co zrobić, by nas długi nie zjadły

W finansach miasta nie jest wesoło. Przy dochodach własnych ok 250 mil. zł i wydatkach bieżących zaplanowanych na ok. 238 - 240 mil. zł nawet w normalnych czasach nie ma powodów do optymizmu. Z pozostałych 10-12 milionów trzeba choćby na minimalnym poziomie podejmować inwestycje, remonty i modernizacje a jednocześnie spłacać raty i odsetki od 115 milionów zł długu. Czasy jednak nie są normalne. Grecki taniec Zorby uskuteczniany od lat przez bankierów z UE, zawirowania ukraińskie, atrakcje serwowane przez wojujących islamistów a zwłaszcza festiwal wyborczych obietnic w Polsce nakazują dużą przezorność w planowaniu strategii finansowych Miasta.

 

Może Łomża to jeszcze nie Grecja, ale jesteśmy na „dobrej drodze”. W tym i następnym roku zaplanowane do spłaty raty długu i odsetki to około 11 milionów zł. W kolejnych latach spłaty muszą wzrosnąć do 16 milionów rocznie (a realnie może to być nawet 18 milionów - przy uwzględnieniu ww. zagrożeń). I jak tu myśleć o korzystaniu ze środków unijnych? Bardzo oczekiwana kwota dotacji unijnych- na poziomie 40-50 milionów rocznie to kolejne 10-20 milionów wkładu własnego. Podsumujmy: 10-12 milionów mamy własnych środków, z czego spłacić trzeba 16 mil. rat i odsetek oraz wygospodarować około 10-20 milionów na inwestycje unijne! Tak więc, kwota najbardziej niezbędnych ograniczeń w wydatkach bieżących to 10-15 milionów rocznie . Nie od razu, ale już od teraz trzeba włączyć opcję racjonalizacji w tej dziecinie. Teoretycznie można wszystkie działy odchudzić o około 5-7 %. Nie należy jednak czynić tego bezmyślnie. Racjonalizacja wydatków najskuteczniej zaistnieje tam, gdzie wydatki te powstają. Metodą kolejnych przybliżeń (zarówno po stronie jednostek jak i sztabu finansowego) należy je uporządkować pod względem wagi i ostatecznie opracować harmonogram wdrażania programu racjonalizacji. Z tej operacji nie może wyłączyć „najtłustszych, świętych krów budżetowych” – np. administracji , oświaty, itd., ale nie można przy cięciach pomijać także „świętych byków”, ktokolwiek miałby się w tym pojęciu mieścić. Jeżeli nie racjonalizacja wydatków to co? Może wyprzedaż majątku lub/i spółek miejskich? Moim zdaniem sprzedawać należy to, co jest balastem i nie przysparza dochodu. Sprzedaż spółek to klasyczna gospodarka „idioty”. Załóżmy, ze ktoś prywatny kupi np. MPEC. Co zrobi w pierwszej kolejności? Po pierwsze przytnie mocno koszty funkcjonowania (wyrzuci sporo ludzi) a zaraz będzie szukał okazji do podniesienia cen pod pretekstem niezbędnych wydatków na modernizację. Jako monopolista - będzie miał świetne pole do popisu. Zapłacimy wszyscy a będziemy mieli do przejedzenia tylko kilkadziesiąt milionów ze sprzedaży.
Temat ciepła i kroniki wypadków umysłowych związanych z zarządzaniem tą sfera przez miasto postaram się oddzielnie napisać.
Tadeusz Zaremba