Czy nasz samorząd spełnia swoją rolę?

Do czego przeciętnemu Kowalskiemu jest potrzebny samorząd lokalny? Czy tylko do płacenia podatków? Na ile ludzie powołani do reprezentacji zajmują się rozwiązywaniem naturalnych problemów społeczności, a na ile sami takie problemy tworzą. To prowokacyjne pytanie nie jest pozbawione sensu, jeżeli uda nam się porównać bez emocji obecną praktykę z teorią.

Zapewne mnie się to nie do końca uda, ale może warto spróbować. Okazją do takiej refleksji jest także mijająca niedawno 25 rocznica pierwszych wolnych wyborów samorządowych.

W Łomży obyło się bez fety, jeżeli nie liczyć okolicznościowego listu Prezydenta Chrzanowskiego do Radnych wszystkich kadencji. Bezrefleksyjne przemilczenie tej rocznicy może mieć, niestety obiektywną przyczynę. Obawiam się, że mało kogo zadawala obecny styl i forma funkcjonowania lokalnych instytucji publicznych. Niby ciepła i zimna woda leci z kranów bez większych zakłóceń. Radni i Prezydent też coś tam dłubią a pozostali urzędnicy zaludniają coraz ciaśniej Ratusz miejski. Medialnych sensacji, zwłaszcza o niezbyt pochlebnym zabarwieniu, również nie brakuje. Czy to o to chodziło?
Od początku obserwuję Łomżyński Samorząd, na przemian z zewnątrz i od środka. Żadna z tych pozycji nie jest zbytnio komfortowa, ale mniejsza o detale. Mój subiektywny obraz przedstawicielskiej rzeczywistosci nie jest zbyt różowy. W minorowy nastrój wpędza mnie zwłaszcza pogarszający się z kadencji na kadencję merytoryczny poziom i styl pracy. Coraz więcej jest celebry i fasady a coraz mniej rzeczywistego skupienia na najbardziej palących problemach. Wyjaśniam, że za takie skupienie nie uważam hałaśliwej przepychanki, ostro przyprawionej lansem. Pierwsze samorządy potrafiły znacznie łatwiej znajdować wspólny język i znacznie skuteczniej przezwyciężaly grupowe partykularyzmy, z ogromną korzyścią dla rezultatów. Narastające od 1998 upartyjnienie, a także coraz większe uniezależnienie władz wykonawczych od rady prowadzi do coraz większej patologii, która ma już swoją bogatą sądową ilustrację. Mam graniczące z pewnością wrażenie, że coraz częściej interes ogólny ustępuje przed partyjną instrukcją w sprawie głosowania, a widoki różnorakich korzyści spodziewanych od władzy urzędniczej pozwalają coraz więcej przemilczeć bez wyrzutów sumienia. Najłatwiej buduje się koalicję poprzez dzielenie stołków. To spowodowało rozrost liczby komisji do poziomu gwarantującego skuteczne uposażenie wszystkich członków wiekszościowej grupy. Nic tak nie konsoliduje jak wspólny podział profitów. Z nostalgią wspominam rok 1998, gdy funkcje przewodniczących były sprawiedliwie dzielone pomiędzy wszystkie grupy radnych. W następnych kadencjach takie cuda już się nie mogły zdarzyć. W rezultacie, siła argumentów zwykle ustępuje przed argumentem siły koalicyjnej. Całe szczęście z pewnymi wyjątkami. Oby coraz częściej, co ze swojej strony gwarantuję. Oszczędzę tym razem Czytelnikowi przykładów "nadprzyrodzonej" spolegliwości w stosunku do działań władzy wykonawczej. Na różnych forach internetowych jest dużo na ten temat i pewnie "nie ma dymu bez ognia". Ja sam też pewnie mam coś za kołnierzem i nie chciałbym obnosić się z dawno utraconą cnotą. Postaram się poprawić ;) choćby z powodu rocznicowych refleksji. (Cdn)

Tadeusz Zaremba
Radny Rady Miejskiej
KWW „Razem dla Łomży”